Zbierałam się.Długo się zbierałam.Żeby napisać cokolwiek.Chcę tu wrócić.Pisać.Cieszyć się z tego pisania.Mieć frajde.Ale ostatnio mało co sprawia mi frajde.Tak jakoś się dzieje czasami że życie płata nam figla.Kopie nas w dupe.Wyłazi gdzieś zza ściany diabełek i cieszy się szyderczo.Wszystko pryska jak bańka mydlana.To tyle na chwile obecną o sytuacji CO ZE MNĄ....i CO U MNIE.
U Ameluty postępy pełną gębą :) gada jak najęta.Powtarza mnóstwo słówek.Już zaczynam się łapać na tym,że muszę ostro się hamować w tym co mówie.A najbardziej pocieszne jest to jak kładzie się wieczorem spać i przytula się mocno aż prawie dusi i odpowiada na moje kocham Cię swoim
ocham baldzo moco :)
Co oczywiście oznacza
kocham bardzo mocno! Aż mi łzy stają w oczach.
A słowo
bosio uwielbiam.Jak ściąga skarpetki i krzyczy
bosio bosio! Mama bosio ,Ty bosio! Bo przecież na siebie mówi w dalszym ciągu TY.I uczymy się liczyć do dziesięciu.Tzn.Mel uczy się powtarzania i śmiechu mamy przy tym co niemiara.Ale okres buntu trwa nadal.I jedyne co na nią działa to groźba ,że wyłącze MiniMini o którym potrafi gadać przez sen.Albo gadki,że przyjdzie pan w okularach.Pewnie źle robie ,że strasze ją jakimś facetem ale naprawde nic innego na nią nie działa :/.Pewnie jej narzeczony okularów posiadać nie będzie bo młoda będzie miała uraz z dzieciństwa.A co do narzeczonego to chyba będzie miał na imie
Kalol. Wzięło się to stąd,że jak chodzi ze swoim telefonem komórkowym to jedyne imie jakie powtarza bez przerwy to
Kalol. I wszystko mu tłumaczy.Że jest w domu,że była dada,że było bujubuju,że była woda itd.
Więc tak,mamy wyimaginowanego narzeczonego
Kalola :)