wtorek, 17 maja 2011

pozytywne myśli w tak deszczowy dzień

tak więc pada,pada od samego rana z małymi przerwami.I właśnie w takiej przerwie udało mi się z córą zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.Choć na chwilkę mówię sobie wyjdę na dwór i ku mojemu zdziwieniu nie było tak źle.Zapach zielonej, mokrej trawy przywołuje wspomnienia.Wakacje u dziadków mi się przypomniały a spędziło się ich tam trochę. Ale teraz nie o tym...
Chciałam napisać w formie pytania-czy można się zarazić pozytywnym myśleniem?

Otóż ja ,zawsze pesymistka ,czarnowidząca prawie wszystko chyba się zaraziłam od męża mojego niepoprawnego optymisty .Powoli mi to całkiem dobrze wychodzi i muszę stwierdzić, że faktycznie z takim myśleniem żyje się lepiej,łatwiej....
Przestałam ( wjakimś stopniu :)  ) przejmować się studiami-egzaminami, tym ,że brzydka pogoda i co tu robić? , tym że mam ileś tam spraw do załatwienia i czy się wyrobie albo tym,że np.kończy się kasa.Najlepsze stwierdzenie moje K. -
"pieniądz rzecz nabyta".
W dużym stopniu optymizmem napawa mnie też moje dziecko.Jak widze jak się rozwija,że zaczyna chodzić i staje się taka "samodzielna" , śmieję się czasami do męża mówiąc, że Melo nie będzie mnie już niedługo potrzebować taka staje się na swój sposób "dorosła" :P .Ale jeszcze dużo przed nami.Nawet jak marudzi, jęczy, płacze to dajemy sobie rade i coś wymyślamy.Wcześniej sobie kiepsko z tym radziłam tzn.gorzej.Teraz dużo robi też to ,że jest wiosna -  idzie lato.Z dzieckiem można całe dnie na dworzu spędzać i to ,że właśnie ona już taka chodząca , wstąpimy na huśtawki, zajrzymy ile bakterii w piaskownicy i całe umorusane wrócimy z uśmiechniętymi paszczami do domu.Zimą nie było tak łatwo nie dość,że zimno to jeszcze mokro, ciapowato zero zachęty do wyjścia z domu.
A i jeszcze miałam obsesje tzn.taką małą,bez przesady na punkcie porządków.Nie poszłam spać dopóki małej zabawki nie wylądowały na swoim miejscu,moje i męża rzeczy przynajmniej gdzieś musiały być poukładane no ogólny ład musiał panować.Tylko potem przychodziło zmęczenie,marudzenie ,że ja musze wszystko robić bla bla bla.Dałam na luz.Wstaje rano, młoda pałęta się po mieszkaniu a ja ogarniam sobie pomału bez ciśnienia.

I chyba Ameryki nie odkryję jeżeli dopiszę ,że trzeba mieć jakieś swoje pasje choćby najmniejsze. Ja nigdy specjalnie się niczym nie interesowałam, nie miałam hobby. Jedynie uwielbiałam i dalej uwielbiam czytać kryminały a najchętniej Harlana Cobena, kocham gotować i ponoć mi to całkiem wychodzi, jeszcze wszyscy co próbowali mojego jedzenia  żyją także nie jest źle  język2 , lubie robić zdjęcia, szczególnie mojemu dziecku. Mam ich mnóstwo i ciągle pstrykam nowe. Marzy mi się jak już będzie tak naprawdę ciepło pojechać gdzieś na łąke i zrobić jej kilka fajnych zdjęć wśród różnych zielsk, kwiatów itp. No i te solniaki - wszelkie anioły,zwierzaki z masy solnej- uspokaja mnie to, daje satysfakcję, relaks i poczucie ,że mam właśnie to coś co lubię ( mąż nawet zwęszył interes i powiedział,że będziemy sprzedawać moje wyroby :P - tylko to narazie tak wygląda,że lepiej niech wiszą gdzieś w domu niż miałyby ujrzeć światło dzienne :P .Ale te wszystkie zajęcia mam od niedawna, wcześniej  żyłam z dnia na dzień. Bez żadnego zajęcia...
Ale nie mogę powiedzieć, że smutki mnie omijają szerokim łukiem bo tak nie jest niemniej jednak jest ich dużo, dużo mniej.I żyje się lepiej  .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz